piątek, 5 października 2012

Jakże podoba mi się ta pora roku!

Nie piszę, że kolorowe pierścionki są na przekór pogodzie, wbrew temu, co za oknem... co to, to nie! Pogoda jest cudna, narzekać na deszcz i wiatr powinniśmy dopiero wtedy, gdy musimy wyjść na zewnątrz. A że szaro i ciemno.. dzięki temu jesienne wieczory w domu są tak przyjemne :) Za dużo optymizmu? No to proszę, jeszcze dwa pozytywne pierścioneczki:



Udanego weekendu!

czwartek, 4 października 2012

Dwie miłe rzeczy...

...spotkały mnie w ciągu dwóch dni :)

Najpierw wygrana od Al z Czarów z Drewna, która w konkursie IKEA obdarowała mnie trzema wspaniałymi przedmiotami. Po pierwsze, dwa cudowne koniki - bardzo lubię motyw koników z Dalarny, czemu wyraz dałam już kiedyś i popełniłam broszkę (>>tutaj<<). Tym bardziej się cieszę z tej pary :) Równie miłym dodatkiem był katalog IKEA. Nie macałam jeszcze papierowej wersji, do sklepu daleko... Jak pisałam, nowy katalog to dla mnie jeden z przyjemniejszych akcentów jesieni. Po pierwszym czytaniu jestem bardzo usatysfakcjonowana! W zeszłym roku nie zachwyciły mnie tkaniny, teraz przeciwnie - ponieważ tekstylia są motywem przewodnim, pojawiło się kilka ciekawych egzemplarzy. No i niedługo nastąpi pewnie kolejne podejście i przeglądanie :) Szkoda tylko, że szafy nie są z gumy i muszę wstrzymać się z zakupem entego kompletu pościeli...

zdjęcia powiększycie maksymalnie klikając prawym przyciskiem myszki i wybierając 'otwórz w nowej karcie'


Druga miła sprawa to wyróżnienie od kiosc i Kaśku:


Swoim zwyczajem jednak przetnę łańcuszek, co mam nadzieję ani kiosc, ani Kasi nie urazi! Bardzo doceniam to, że ktoś z przyjemnością do mnie zagląda i serdecznie za to dziękuję! Odwiedźcie zresztą kiosc na jej blogu, bo pokazuje tam piękne zdjęcia z podróży (zamieszczane w regularnym cyklu, jakby dziewczyna ciągle była w drodze!), cudne lale-niby-szmacianki o ślicznych twarzyczkach, ciekawą biżuterię... musicie się przekonać :) Kaśku z kolei wciągnięta jest przede wszystkim w modelinę, tym bardziej miło mi, że zagląda na mojego nie-modeliniarskiego bloga :) Niezmiennie podziwiam tworzenie z tego surowca, jest to dla mnie właściwie czarna magia, a można z niej wyczarować maleńkie cuda! Jak ludzie dają radę wykonać takie szczegóły i tyci elementy?!

Jeszcze raz dziękuję za piękne prezenty i miłe słowa, ślę uściski!

środa, 3 października 2012

Środowe myki: kopertowe bebechy

Jacie, tydzień mi się jakoś skurczył, i to znowu środa!

Dzisiaj tylko szybkie pytanie - czy zauważyłyście, jak ładne i warte naszej uwagi mogą być wewnętrzne strony kopert? Zazwyczaj tylko białe lub delikatnie niebieskie, ale nawet wśród tych błękitów spotkać można zadziwiającą różnorodność. Trzeba się tylko przyjrzeć, bo przecież można je wspaniale wykorzystać! Na pierwszy rzut oka nic ciekawego...

jeśli zdjęcie nie powiększa się, kliknij prawym i wybierz 'otwórz w nowej karcie'

...ale przy bliższym spojrzeniu można trafić na fajne wzorki:


Szczególnie podoba mi się ten beżowy, zygzaki też ładne :) Oczywiście zachowałam, nie wyrzuciłam. Teraz zaglądam do rachunków także w poszukiwaniu bardziej inspirujących i milszych dla oka bebechów. Też tak macie?

Udanej środy!

W poprzednich środowych mykach:
 

poniedziałek, 1 października 2012

Urlopu odsłona trzecia


Kolejny przystanek na trasie naszej podróży to Split. Zaplanowaliśmy tu aż dwa noclegi, czyli sporo :) Nie ma chyba jednak innego sposobu na zwiedzenie wybrzeża Chorwacji niż ciągłe przemieszczanie się, biorąc pod uwagę, że (bez wysp) liczy ono jakieś 1800 km (różne źródła podają odmienne wartości). Rzecz jasna i tak zwiedzaliśmy tylko pewien jego odcinek.

Myślę, że Split - w dużej mierze ze względu na kwaterę - pozostanie na długo w naszej pamięci :) 300 metrów od pałacu Dioklecjana, ale nikt nie napisał, że w te uliczki nie da się wjechać samochodem, więc szybko musieliśmy go gdzieś porzucić. Biorąc pod uwagę wąskie przejścia, stromiznę i baaardzo dużo schodów, niewiele jedno- i dwuśladów się tu zapuszczało :) Próbując odszukać adres okazywało się, że musimy przejść przez czyjeś podwórko i właściwie zaglądamy ludziom w okna. Koniec końców i tak trzeba było zawrócić, bo uliczka okazywała się ślepa. Kiedy z pomocą naszego gospodarza-recepcjonisty dotarliśmy na miejsce i przytargaliśmy bagaże, byliśmy zachwyceni :) Nie tylko miejscówką, ale i przyjęciem. Nikt nigdzie tak dokładnie nie poinstruował nas co zobaczyć, gdzie na plażę, jak dojechać, gdzie zjeść itd. Do tego zastaliśmy lodówkę pełną owoców i piwa. Żyć, nie umierać!

Upał straszny - pogoda zdecydowanie nie dla nas, wielbicieli niższych temperatur i chmur na horyzoncie :) Od rana zaatakował nas też rybi zapaszek, nie wiemy jednak czy to z pobliskiego targu rybnego w centrum, czy znad morza. Za radą naszego gospodarza Ante, odwiedziliśmy też "zielony targ", a więc miejsce dokładnie takie, jak nasze warzywno-owocowe targowiska i bazarki. Sprzedaje się tutaj sporo suszonych owoców, torebka fig towarzyszyła nam w ciągu tego dnia.

jeśli nie możesz powiększyć zdjęć, kliknij prawym 'otwórz w nowej karcie''

Zamiast pisać o starówce, pokażę Wam tylko kilka migawek:


W Splicie weszliśmy też w ścisły kontakt z miejscową fauną. Przez dwie noce towarzyszył nam nieduży gekon, którego chcąc wypuścić ganialiśmy po ścianach, ale za każdym razem chował się pod łóżkiem. Zamknęliśmy wszystkie torby w szafie, żeby nie wlazł do bagażu i nie przyjechał z nami do Polski. Próbowaliśmy nawet zrobić mu zdjęcie, ale skubaniec tak szybko zasuwał, że żadne nie wyszło :) Z kolei w nocy pod samym oknem (które nota bene wychodziło na czyjeś podwórko) niemiłosiernie darł się jakiś kot, więc wrażenia były... hmm... niezapomniane.

Ze Splitu ruszyliśmy do Dubrownika, po drodze zatrzymując się na trochę w Omišu. Kiedyś podobno była to baza piratów :) Urokliwe miasteczko, w sam raz na spacer!


Aby dojechać do Dubrownika, trzeba przejechać przez Bośnię i Hercegowinę. W tym miejscu BiH ma jedyny dostęp do morza - wybrzeże rozciąga się zaledwie na 17 (siedemnaście!) kilometrów. Wraz z odprawą na granicy, droga ta zajmuje nam mniej niż 15 minut.

W Dubrowniku... hmmm... jest co zwiedzać, nie brak tu pięknej architektury i urokliwych uliczek, ale wystarcza nam dwugodzinny spacer.


Wsiadamy do samochodu i z powrotem przez BiH jedziemy na miejsce naszego kolejnego noclegu w Chorwacji - znajdującego się w dolinie rzeki Neretwy, którą mijaliśmy dzień wcześniej...


Kolejnego dnia ruszamy do Bośni i Hercegowiny, ale o tym następnym razem :)
Czyli c.d.n.

środa, 26 września 2012

Środowe myki - bindujemy bez bindowania

Środa! Więc pora na mały myk, który zrobiłam z wczoraj pokazanym scrapem. Miał on być w zamyśle okładką czegoś w rodzaju albumu, do którego wpinać będę kolejne LOsy. Na razie jest tylko jeden, więc szału nie ma :)

Moje wymagania były następujące: musi to być coś w rodzaju kółka lub spirali, która w miarę dyskretnie zepnie karty (nie chciałam sznurka czy wstążki), musi też dawać możliwość łatwego dokładania stron. Myślałam, myślałam... I wymyśliłam!

Macie w domu stary wiszący kalendarz na spirali? Albo zapisany zeszyt ze spiralą? Bo ja mam :) I postanowiłam wykorzystać właśnie taką spiralę. Do tego potrzebne przede wszystkim narzędzie do przecięcia drutu i coś do zrobienia dziurek. Nie wiem, czy nada się tradycyjny dziurkacz - wydaje mi się, że dziurka będzie zbyt duża, ale wszystko zależy od wielkości Waszej spirali. Można też przebić papier grubą igłą i potem powiększyć otwór.


Do spięcia mojego albumu (wysokości ok. 20 cm), postanowiłam wykorzystać dwa oczka - a więc spiąć album w dwóch miejscach. Od spirali odcięłam więc dwa oczka w taki sposób, jak pokazałam na poniższym zdjęciu:


Wspomnieniowe scrapy postanowiłam przechowywać w koszulkach, dlatego na okładce (przedniej i tylnej) zaznaczyłam miejsce wybicia dziurek:


Koszulkowy otwór ma wielkość dziurkaczowego, ja zrobiłam mniejszy. Potem złożyłam trzy części zaczątku mojego albumu (okładki + wnętrze)...


... i zaczęłam zabawę z kółeczkami. Poszło szybko i bezboleśnie!

Kółko zaczynamy wkładać od tylnej strony okładki, a więc album/notes układamy przednią stroną do dołu. Plik kartek wkładamy w szczelinę kółka (1) i przesuwamy tak, by końcówka znalazła się w dziurce (2). Przekręcamy oczko w prawą stronę w ten sposób, by jego "rozdwojona" część zahaczyła się o dziurkę w tylnej okładce (3)...


... z przodu widzimy jedynie zgrabne oczko:


Finito!

Jeszcze jedna, istotna sprawa - odległość dziurki od krawędzi kartki powinna być mniej więcej równa połowie średnicy Waszego oczka. W przeciwnym razie, po rozłożeniu karty będą na siebie nachodziły albo - co gorsza - wyrwiecie dziurę w okładce. Jednym słowem, jeśli oczko ma 2 cm średnicy, to dziurka w okładce nie powinna być zrobiona dalej niż 1 cm od krawędzi.


W razie potrzeby (np. przy dokładaniu stron) takie kółko można bez problemu odgiąć i rozszerzyć, a potem zagiąć z powrotem.

Przy odrobinie cierpliwości można wykorzystać większy fragment spirali - wyciąć dziurki w papierze w odpowiednich miejscach, rozszerzyć spiralę, dopasować do dziurek i "zamknąć". Tym sposobem "zbindujemy" coś bez bindownicy. Jestem zresztą ciekawa, czy spiralę ze starego kalendarza czy zeszytu można wykorzystać ponownie - ale to już pytanie do tych z Was, które bindownicę posiadają. To co, da się ją tak zrecyklingować?


W poprzednich środowych mykach: