środa, 3 października 2012

Środowe myki: kopertowe bebechy

Jacie, tydzień mi się jakoś skurczył, i to znowu środa!

Dzisiaj tylko szybkie pytanie - czy zauważyłyście, jak ładne i warte naszej uwagi mogą być wewnętrzne strony kopert? Zazwyczaj tylko białe lub delikatnie niebieskie, ale nawet wśród tych błękitów spotkać można zadziwiającą różnorodność. Trzeba się tylko przyjrzeć, bo przecież można je wspaniale wykorzystać! Na pierwszy rzut oka nic ciekawego...

jeśli zdjęcie nie powiększa się, kliknij prawym i wybierz 'otwórz w nowej karcie'

...ale przy bliższym spojrzeniu można trafić na fajne wzorki:


Szczególnie podoba mi się ten beżowy, zygzaki też ładne :) Oczywiście zachowałam, nie wyrzuciłam. Teraz zaglądam do rachunków także w poszukiwaniu bardziej inspirujących i milszych dla oka bebechów. Też tak macie?

Udanej środy!

W poprzednich środowych mykach:
 

poniedziałek, 1 października 2012

Urlopu odsłona trzecia


Kolejny przystanek na trasie naszej podróży to Split. Zaplanowaliśmy tu aż dwa noclegi, czyli sporo :) Nie ma chyba jednak innego sposobu na zwiedzenie wybrzeża Chorwacji niż ciągłe przemieszczanie się, biorąc pod uwagę, że (bez wysp) liczy ono jakieś 1800 km (różne źródła podają odmienne wartości). Rzecz jasna i tak zwiedzaliśmy tylko pewien jego odcinek.

Myślę, że Split - w dużej mierze ze względu na kwaterę - pozostanie na długo w naszej pamięci :) 300 metrów od pałacu Dioklecjana, ale nikt nie napisał, że w te uliczki nie da się wjechać samochodem, więc szybko musieliśmy go gdzieś porzucić. Biorąc pod uwagę wąskie przejścia, stromiznę i baaardzo dużo schodów, niewiele jedno- i dwuśladów się tu zapuszczało :) Próbując odszukać adres okazywało się, że musimy przejść przez czyjeś podwórko i właściwie zaglądamy ludziom w okna. Koniec końców i tak trzeba było zawrócić, bo uliczka okazywała się ślepa. Kiedy z pomocą naszego gospodarza-recepcjonisty dotarliśmy na miejsce i przytargaliśmy bagaże, byliśmy zachwyceni :) Nie tylko miejscówką, ale i przyjęciem. Nikt nigdzie tak dokładnie nie poinstruował nas co zobaczyć, gdzie na plażę, jak dojechać, gdzie zjeść itd. Do tego zastaliśmy lodówkę pełną owoców i piwa. Żyć, nie umierać!

Upał straszny - pogoda zdecydowanie nie dla nas, wielbicieli niższych temperatur i chmur na horyzoncie :) Od rana zaatakował nas też rybi zapaszek, nie wiemy jednak czy to z pobliskiego targu rybnego w centrum, czy znad morza. Za radą naszego gospodarza Ante, odwiedziliśmy też "zielony targ", a więc miejsce dokładnie takie, jak nasze warzywno-owocowe targowiska i bazarki. Sprzedaje się tutaj sporo suszonych owoców, torebka fig towarzyszyła nam w ciągu tego dnia.

jeśli nie możesz powiększyć zdjęć, kliknij prawym 'otwórz w nowej karcie''

Zamiast pisać o starówce, pokażę Wam tylko kilka migawek:


W Splicie weszliśmy też w ścisły kontakt z miejscową fauną. Przez dwie noce towarzyszył nam nieduży gekon, którego chcąc wypuścić ganialiśmy po ścianach, ale za każdym razem chował się pod łóżkiem. Zamknęliśmy wszystkie torby w szafie, żeby nie wlazł do bagażu i nie przyjechał z nami do Polski. Próbowaliśmy nawet zrobić mu zdjęcie, ale skubaniec tak szybko zasuwał, że żadne nie wyszło :) Z kolei w nocy pod samym oknem (które nota bene wychodziło na czyjeś podwórko) niemiłosiernie darł się jakiś kot, więc wrażenia były... hmm... niezapomniane.

Ze Splitu ruszyliśmy do Dubrownika, po drodze zatrzymując się na trochę w Omišu. Kiedyś podobno była to baza piratów :) Urokliwe miasteczko, w sam raz na spacer!


Aby dojechać do Dubrownika, trzeba przejechać przez Bośnię i Hercegowinę. W tym miejscu BiH ma jedyny dostęp do morza - wybrzeże rozciąga się zaledwie na 17 (siedemnaście!) kilometrów. Wraz z odprawą na granicy, droga ta zajmuje nam mniej niż 15 minut.

W Dubrowniku... hmmm... jest co zwiedzać, nie brak tu pięknej architektury i urokliwych uliczek, ale wystarcza nam dwugodzinny spacer.


Wsiadamy do samochodu i z powrotem przez BiH jedziemy na miejsce naszego kolejnego noclegu w Chorwacji - znajdującego się w dolinie rzeki Neretwy, którą mijaliśmy dzień wcześniej...


Kolejnego dnia ruszamy do Bośni i Hercegowiny, ale o tym następnym razem :)
Czyli c.d.n.

środa, 26 września 2012

Środowe myki - bindujemy bez bindowania

Środa! Więc pora na mały myk, który zrobiłam z wczoraj pokazanym scrapem. Miał on być w zamyśle okładką czegoś w rodzaju albumu, do którego wpinać będę kolejne LOsy. Na razie jest tylko jeden, więc szału nie ma :)

Moje wymagania były następujące: musi to być coś w rodzaju kółka lub spirali, która w miarę dyskretnie zepnie karty (nie chciałam sznurka czy wstążki), musi też dawać możliwość łatwego dokładania stron. Myślałam, myślałam... I wymyśliłam!

Macie w domu stary wiszący kalendarz na spirali? Albo zapisany zeszyt ze spiralą? Bo ja mam :) I postanowiłam wykorzystać właśnie taką spiralę. Do tego potrzebne przede wszystkim narzędzie do przecięcia drutu i coś do zrobienia dziurek. Nie wiem, czy nada się tradycyjny dziurkacz - wydaje mi się, że dziurka będzie zbyt duża, ale wszystko zależy od wielkości Waszej spirali. Można też przebić papier grubą igłą i potem powiększyć otwór.


Do spięcia mojego albumu (wysokości ok. 20 cm), postanowiłam wykorzystać dwa oczka - a więc spiąć album w dwóch miejscach. Od spirali odcięłam więc dwa oczka w taki sposób, jak pokazałam na poniższym zdjęciu:


Wspomnieniowe scrapy postanowiłam przechowywać w koszulkach, dlatego na okładce (przedniej i tylnej) zaznaczyłam miejsce wybicia dziurek:


Koszulkowy otwór ma wielkość dziurkaczowego, ja zrobiłam mniejszy. Potem złożyłam trzy części zaczątku mojego albumu (okładki + wnętrze)...


... i zaczęłam zabawę z kółeczkami. Poszło szybko i bezboleśnie!

Kółko zaczynamy wkładać od tylnej strony okładki, a więc album/notes układamy przednią stroną do dołu. Plik kartek wkładamy w szczelinę kółka (1) i przesuwamy tak, by końcówka znalazła się w dziurce (2). Przekręcamy oczko w prawą stronę w ten sposób, by jego "rozdwojona" część zahaczyła się o dziurkę w tylnej okładce (3)...


... z przodu widzimy jedynie zgrabne oczko:


Finito!

Jeszcze jedna, istotna sprawa - odległość dziurki od krawędzi kartki powinna być mniej więcej równa połowie średnicy Waszego oczka. W przeciwnym razie, po rozłożeniu karty będą na siebie nachodziły albo - co gorsza - wyrwiecie dziurę w okładce. Jednym słowem, jeśli oczko ma 2 cm średnicy, to dziurka w okładce nie powinna być zrobiona dalej niż 1 cm od krawędzi.


W razie potrzeby (np. przy dokładaniu stron) takie kółko można bez problemu odgiąć i rozszerzyć, a potem zagiąć z powrotem.

Przy odrobinie cierpliwości można wykorzystać większy fragment spirali - wyciąć dziurki w papierze w odpowiednich miejscach, rozszerzyć spiralę, dopasować do dziurek i "zamknąć". Tym sposobem "zbindujemy" coś bez bindownicy. Jestem zresztą ciekawa, czy spiralę ze starego kalendarza czy zeszytu można wykorzystać ponownie - ale to już pytanie do tych z Was, które bindownicę posiadają. To co, da się ją tak zrecyklingować?


W poprzednich środowych mykach:

wtorek, 25 września 2012

Just scrap and don't give up!

Mój trzeci scrap (od teraz przestaję liczyć!), który w zamyśle miał stać się okładką czegoś w rodzaju albumu ze wspomnieniowymi LOsami. Co z nim zrobiłam dalej, pokażę Wam jutro.

Bardzo chciałam jakoś wykorzystać to zdjęcie (pochodzi ze stopnia zjeżdżalni z niegdyś przepięknego, modernistycznego basenu w Ciechocinku, który dzisiaj jest już zdewastowany i nieczynny, ale da się wejść przez dziurę w płocie), a napis wydał mi się idealny w odniesieniu do moich scrapowych początków. Bo cały czas jest to dla mnie temat zupełnie nowy i nie czuję się zbyt pewnie. Na okładkę w sam raz!



Papier ILS, reszta to ścinki, ulotki, makulatura. Ponieważ jakoś łyso wydawało mi się po lewej, postanowiłam wykorzystać transfer acetonowy ze zwykłej kserówki.

Zapraszam więc jutro, w środowych mykach pokażę Wam jak skonstruowałam mój album z czegoś, co pewnie wiele w Was ma w domowych zbiorach :)

poniedziałek, 24 września 2012

Addio pomidory!

Jak czujecie się po weekendzie? Pogoda dopisała, może ktoś był na grzybkach albo zajmował się przetworami? Ja w tym roku zdecydowanie zwiększyłam przeroby, oprócz dżemów z początku lata, zapakowałam w słoiki 40 kg pomidorów i 10 kg papryki. Ususzyłam już trochę grzybów, przymierzam się też do cukinii (nie wiem czy zdążę, podobno wraz z pierwszymi przymrozkami cukinia się kończy!) i powideł śliwkowych. Ale czy dam radę, tego nie wiem :)

Tymczasem coś z zupełnie innej beczki. Kolczyki, które może nie kolorem, ale formą pasują do naszyjnika czy makowej broszki. Wydaje mi się, że jednak czerwień najlepiej pasuje :)


Jak myślicie, jest jeszcze jakiś kolor w którym takie kolczyki czy naszyjnik ładnie by się prezentowały?