poniedziałek, 15 października 2012

Wyzwanie #2 czas zacząć!

Wyzwanie śmieciowe okazało się sukcesem i bardzo chętnie wzięłyście w nim udział, wiele osób oddało także swój głos na ulubioną pracę. Ponieważ nagroda do Ystin już trafiła (w końcu!), z czystym sumieniem mogę ogłosić wyzwanie numer 2.

Pomysł na nie przyszedł już dawno, ale nie wiedziałam dokładnie jak ubrać to zadanie w słowa :) Chciałabym, żebyśmy przygotowały prace, w których zaistnieje element "pierwszego razu". Zdarza Wam się powiedzieć "to nie mój kolor", "chciałabym nauczyć się tej techniki" albo "muszę tego spróbować"? W wyzwaniu będzie chodziło właśnie o to, by zrobić coś troszkę innego niż dotychczas: wykorzystać tutorial znaleziony w sieci, użyć w końcu papieru czy stempla, który nie doczekał się jeszcze tego zaszczytu, zrobić coś w nie do końca naszym kolorze (może się okazać, że jednak troszkę go polubimy :), pochlapać farbą czy gesso, jeśli jeszcze tego nie robiłyście, pokusić się o transfer wydruku na tkaninę, spożytkować piękne, ale odłożone dotąd na bok koraliki, wykonać bransoletkę w technice, której dotąd używałyście do robienia kolczyków, uszyć coś bardziej skomplikowanego niż dotąd, spróbować haftu krzyżykowego, odnowić mebel po raz pierwszy... Nie musi być to całkowicie nowa dla Was technika, ale jakiś element, którego dotąd nie wykorzystywałyście, a wart byłby wypróbowania. Każdy nowy krok na który się zdecydujecie będzie tu mile widziany!

Znowu poproszę Was o pomoc w wybraniu zwycięzcy. Zgodnie z pojawiającymi się w trakcie pierwszego wyzwania prośbami, będzie można oddać trzy głosy na trzy różne prace. Mam nadzieję, że to Was usatysfakcjonuje :)

Zasady takie jak poprzednio:
1. stwórz nową (albo pokaż dotąd niepublikowaną) pracę zgodną z tematem wyzwania
2. umieść jej zdjęcie na swoim blogu i zalinkuj do tej notki. Banerek niech znajdzie się w pasku bocznym Waszego bloga
3. wróć tutaj i dodaj swoją pracę za pomocą inlinkza. Masz na to czas do 11 listopada. Mam nadzieję, że dzięki takiemu wydłużonemu terminowi wszyscy, którzy chcą - zdążą :) Można dodać dowolną ilość prac.
4. dzień później, 12 listopada, rozpocznie się tygodniowe głosowanie. Po zakończeniu przyjmowania zgłoszeń pojawi się w tym miejscu narzędzie do głosowania. Każdy może oddać trzy głosy na trzy różne prace, tradycyjnie nie głosujemy na własne wytwory :)
5. Będzie nagroda! Filcowa biżuteria, której kolorystykę wybierze zwyciężczyni/zwycięzca wyzwania - czyli w połowie niespodzianka, w połowie według życzenia. Może być?
Banerek do zamieszczenia na blogu:

Wyzwanie jest chyba nieco trudniejsze niż pierwsze, ale mam nadzieję, że zechcecie wziąć udział!

P.S. Bardzo proszę o przestrzeganie warunków - praca ma być niepublikowana przed 15 października 2012 r., a banerek wyzwania musi znaleźć się w pasku bocznym Waszego bloga. Dziękuję!

Nie wiesz jak dodać swoją pracę? Zobacz prostą instrukcję >>tutaj<<

niedziela, 14 października 2012

Upadek mitu

Niniejszym donoszę - ja, nazywana tu czasem w obraźliwych komentarzach osobnikiem bardziej zmonkizowanym niż Monk, panną porządnicką, segregującą maniaczką (zapewne za sprawą środowych myków) - miałam tak niewiarygodną obsuwę, że ze wstydu powinnam się spalić. Oczywiście wykreowany tu obraz ma się nijak do prawdziwego życia, ale przylgnęło i są powody, aby obrzucać mnie zniesmaczonymi spojrzeniami.

Bo czy ktoś pamięta jeszcze wyzwanie śmieciowe? A pamięta, że 1 września zostało rozstrzygnięte? Bo ja jak przez mgłę. A ktoś przypomina sobie, żeby na blogu pojawiły się zdjęcia nagrody dla Ystin? Nic dziwnego, że nie. Ku mojemu własnemu zgorszeniu, zamówiony przez zwyciężczynię komplet powędrował do niej dopiero w mijającym tygodniu. Wtyd!

Oczywiście, że mam wytłumaczenie. Nie jedno! Zadanie było trudne, Ystin wybrała hmmm... coś bardzo wyjątkowego :) Coś co wymagało dobrej koordynacji kciuka i palca wskazującego lewej ręki. Trzeba bowiem było wyciąć kilkaset małych kółeczek - ile, tego jeszcze nie wiedziałam. Siedziałam więc wieczorami, na coś tam zerkałam i cięłam. Postanowienie było - jeden kolor dziennie. Ale zachciało mi się pewnego pięknego dnia drobnego mejkołweru w kuchni, który wymagał użycia kilku ostrych narzędzi. No i wiecie, chociaż mogłam skaleczyć się piłką do metalu, mógł mnie kopnąć prąd, mogłam odciąć sobie palec wyrzynarką... kuku zrobiłam sobie zwykłym nożem kuchennym, bo wydał mi się to najlepszy sprzęt do siłowania się z materią i opornym klejem. A ponieważ zepsułam sobie ten sam kciuk,który potrzebny był do wycinania kółeczek... same rozumiecie. Bo rozumiecie, prawda?

Nagroda już do adresatki dotarła, chyba nawet wybaczyła mi tą obsuwę... Mogę więc pokazać komplet. Bransoletka premierowa, kolczyki już znacie.

aby maksymalnie powiększyć zdjęcia, otwórzcie je w nowym oknie




Cieszę się, że Ystin zamówiła coś nowego. W końcu zmobilizowała mnie do pociachania tylu kółek, żeby zrobić z nich bransoletkę, do czego nigdy nie mogłam się zabrać. Da się i nie wiem jak Wam, ale mi na jesień taki komplet też dobrze by zrobił :)

Mogę więc ogłosić definitywne zakończenie pierwszego wyzwania na blogu i zaprosić do następnego - już jutro!! Zbierajcie siły :)

Udanej niedzieli!

piątek, 12 października 2012

Projekt jesienny: podkładki

Żeby mnie zima nie zastała przy dodawaniu jesiennych akcentów w domu, jakiś czas temu zrobiłam filcowe podkładki pod kubki w kształcie prostego liścia. Do tego maszynowe przeszycia i gotowe!



Podkładki spore, żeby pomieściły moje wielkie kubasy z pyszną herbatką. Żółty ze swoim uśmiechem pasuje tu idealnie, szczególnie na chłodny, szary poranek :)


środa, 10 października 2012

Środowe myki: podróżny niezbędnik


W trakcie podróży moja mama uwiecznia każdą chwilę nie tylko za pomocą aparatu fotograficznego, ale także zapisując różne szczegóły wyprawy, np. godzinę przekroczenia granicy, trasę, odległości, odwiedzone miejsca, a jeśli starczy jej chęci i czasu opisuje też ciekawe obiekty, krótką historię miasta itd. Na podstawie takich notatek można po czasie odtworzyć całą podróż i to z takimi niuansami, że sami się dziwimy :)

Zwykle notowanie odbywało się w jakimś wybrakowanym zeszycie, który z czasem ani nie wyglądał ładnie, ani nie miał swojego specjalnego miejsca. W tym roku postanowiłam przygotować mamie coś innego - podstawę notesu-albumu, którą w razie konieczności można rozszerzyć.

Bazą stały się białe koperty formatu b5, zaklejone, a potem rozcięte wzdłuż dłuższego boku. Ponieważ mama namiętnie zbiera różne ulotki z odwiedzanych miejsc, takie kieszonki okazały się idealne na ich przechowywanie.

Każdą kopertę troszkę ozdobiłam, właściwie tylko paskami papierów u góry i na dole. Każda otrzymała też karteczkę samoprzylepną z datą - użyłam karteczek w różnych kształtach i kolorach, na nich różnymi czcionkami wydrukowałam daty.

aby maksymalnie powiększyć zdjęcia, otwórz je w nowym oknie

Koperty pozostały tymczasowo niespięte - aby w razie czego dołożyć dodatkową kartkę, a może karty ze zdjęciami? Kto wie :)

Oprócz kopert wyposażyłam mamę w kilka "gadżetów" - mapki, gdyby chciała zaznaczyć trasę lub miejscowość, alfabet oraz arkusze czegoś w rodzaju "ikonek", gdyby chciała dodać informację o temperaturze, menu, ilości przejechanych kilometrów itd. Do tego obowiązkowe nożyczki i klej :)


Stworzenie takiej albumowej podstawy na pewno usprawnia późniejszą pracę i ułatwia zapisywanie myśli. Często kiedy wracamy z podróży nie chce nam się uporządkować zebranych notatek, ulotek, zdjęć. Nie wiem jak Wy, ale mi przychodzi to ciężko. Nie czuję, abym za sprawą tych czynności przenosiła się z powrotem na wakacje, co to, to nie :) Tym mniej entuzjastycznie się za to zabieram.

A czy Wy przygotowujecie się jakoś do wyjazdów? Zabieracie ze sobą specjalny zeszyt, czy w trasie na szybko szukacie skrawków papieru? A może wystarcza Wam fotografowanie?

W poprzednich środowych mykach:

poniedziałek, 8 października 2012

Wakacji część czwarta, bośniacko-hercegowińska


Po noclegu w dolinie Neretwy ruszyliśmy w kierunku granicy z Bośnią i Hercegowiną, a dalej do Mostaru. Właściwie już od wjazdu do BiH widać pierwsze minarety - znać, że prawie połowa tutejszych obywateli to muzułmanie.

Mostar słynie z kamiennego Starego Mostu (wpisanego na listę UNESCO) - pierwotnie wzniesionego w XVI wieku, ale zburzonego w trakcie wojny jugosławiańskiej (1993) i odbudowanego dopiero w roku 2004. Most znajduje się nad Neretwą, a więc nasza trasa z Chorwacji wiodła cały czas wzdłuż tej rzeki. Miasto nadal się odbudowuje, przygnębiające wrażenie sprawiają piękne niegdyś budynki, zniszczone w takcie wojny domowej.

zdjęcia powiększycie maksymalnie klikając prawym przyciskiem myszki i wybierając 'otwórz w nowej karcie'



Starówka robi na nas ogromne wrażenie - zupełnie inny klimat niż w miastach chorwackich! Na straganach z pamiątkami mnóstwo ludowych wzorów, lalki barbie ubrane w stroje regionalne, długopisy i samoloty wykonane z karabinowych łusek (pozostałości wojny), wiele gadżetów związanych z rozpadem Jugosławii, portrety Tito - z wojny domowej zrobili tu atrakcję turystyczną, a na pewno pamiątkarską.


Zachwycona byłam nawet chodnikami układanymi z kamienia. Mam tylko dwa zdjęcia, bo z nieznanych mi powodów tutejszy policjant zabronił mi pstrykania... Może myślał, że fotografuję jego buty czy coś :) W każdym razie fantazyjnych wzorów było o wiele więcej i wyglądało to przepięknie:



O ile narzekałam w Chorwacji, że nie jestem w stanie kupić żadnej ciekawej pamiątki (nie-jedzeniowej :), z krótkiego pobytu w BiH mam aż dwie - różowego goryla, którego już Wam pokazywałam i piękną, ceramiczną podkładkę z ludowym wzorem pod gorące garnki. Ceny - bardzo przystępne. Nic dziwnego, w końcu ten napis zobowiązuje:


Uśmialiśmy się nieziemsko po zobaczeniu tego :)

Jeśli spojrzycie w googlach na mapę BiH to zobaczycie, że za pomocą ich map nie da się wyznaczyć trasy przejazdu przez ten kraj, nie jest tu zaznaczone ukształtowanie terenu, a sieć dróg jest naprawdę skromna. Przejechaliśmy BiH od południa do północy w całej rozciągłości (od granicy w Metković do Gradiški, ok. 340 km), cały czas krętymi, górskimi drogami. Widoki piękne, ale bywało niebezpiecznie, na przykład gdy okazało się, że tubylcom na zakręcie rozkraczył się samochód, a oni nie rozłożyli nawet trójkąta ostrzegawczego :) Jeśli pomylimy w BiH trasę, trzeba wracać do najbliższego skrzyżowania dróg, a więc trudno naprawić wszelkie błędy związane ze skrętem w złą stronę.

Po drodze zatrzymaliśmy się też w restauracji na szczycie Makljen (1123 m n.p.m.) - niestety, na posiłek czekaliśmy 1,5 godziny, gotował dla nas sam kelner i jedzenie okazało się okropne... Cóż było zrobić, my nie Magda Gessler, żeby strzelić focha i nie zapłacić :) Chociaż było ciężko, okazało się, że nikt w całej knajpie nie potrafi obsłużyć terminala kart płatniczych. Taki miejscowy folklor :)



Dalej już tylko kierowaliśmy się na Banja Lukę i w stronę północnej granicy z Chorwacją. W Bośni i Hercegowinie nie planowaliśmy noclegu, musieliśmy dojechać do Zagrzebia. Ostatecznie udało się to nam po 22. Ilość kilometrów zrobionych w BiH niby niewielka, ale kręte, górskie drogi zmusiły nas do wolnego tempa. Niemniej, zdecydowanie warto byłoby wrócić tu na dłużej!

C.d.n.