Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 lutego 2013

Lato w środku zimy

W tym tygodniu na blogu przyklej to! inspirujemy za pomocą katalogu farb. Koniecznie zajrzyjcie, co wyczarowały Dziewczyny, jest co podziwiać! Mój skromny wkład to nietypowe jak dla mnie ciemne kolory i bardzo ograniczone środki wyrazu w wakacyjnym LO :) Po szczegóły zapraszam >>tutaj<<.


Macie już pączki? Ja aż boję się wyjść do cukierni, pewnie czeka tam już spora kolejka... A jak mawia moja babcia, pączka zjeść trzeba, żeby cały rok się kulał (czyli oby się szczęściło :)

poniedziałek, 22 października 2012

Część piąta, ostatnia - śniadanie w Zagrzebiu, zakupy w Budapeszcie


Czy u Was też wczoraj calutki dzień świat spowijała mgła, a dziś od rana chmury i deszczowo? Ten post wcale nie pasuje do naszej aury... Powiem Wam szczerze, że zapomniałam o dokończeniu wakacyjnej relacji - nic dziwnego... Kurcze, to było tak dawno. I w tak różnym klimacie :) Póki jeszcze coś pamiętam, szybkie dokończenie.

Ostatnio pisałam, że wyjechaliśmy z Bośni i Hercegowiny, kierując się na Zagrzeb. Dojechaliśmy tam w nocy, rano śniadanie, szybkie zwiedzanie.

normalnie bliźniak mojego roweru (poza małymi szczegółami :)
trochę podziwiania architektury...
taki użytek robi się tu z ozdobnych dyniek :)

Dalszy kierunek - Budapeszt. Do stolicy Węgier dojeżdżamy po południu. Jesteśmy tak zmęczeni ciągłą jazdą, że nie mamy w ogóle ochoty podziwiać miasta nocą... o nie! Zostawiliśmy to na rano. Szybka przebieżka obok parlamentu - tutaj pikieta, długaśna kolejka do zwiedzania, policja szuka z psami i lusterkami bomb pod samochodami posłów - oddalamy się przeciwnym kierunku :) Nie pokazuję zdjęć, bo na budynku jeden wielki remont, ładnych ujęć brak. A z pozostałych nie wiem co wybrać! Z pewnością warto byłoby tu wrócić i na spokojnie połazić po Budapeszcie. Ale jakoś tak strasznie chciało nam się już do domu... Cieszyliśmy się natomiast na ostatni punkt wycieczki - halę targową :) Jedzenie to zdecydowanie najlepszy punkt każdej wyprawy:) A tu papryka, salami i rękodzieło! Przywiozłam stąd nawet pamiątkę w postaci ludowej panienki, pokażę ją przy jakiejś okazji :)




Wsiadamy do samochodu i przez Słowację jedziemy do domu. W Čadcy tablica - 500 km do Torunia. Niestety, to co za granicą przejeżdżaliśmy w kilka godzin, w Polsce pokonujemy z wielkim trudem. Na trochę utknęliśmy w korku, dopiero późno w nocy zajechaliśmy do domu. I jestem :)

Tyle w telegraficznym skrócie.
KONIEC :)

środa, 10 października 2012

Środowe myki: podróżny niezbędnik


W trakcie podróży moja mama uwiecznia każdą chwilę nie tylko za pomocą aparatu fotograficznego, ale także zapisując różne szczegóły wyprawy, np. godzinę przekroczenia granicy, trasę, odległości, odwiedzone miejsca, a jeśli starczy jej chęci i czasu opisuje też ciekawe obiekty, krótką historię miasta itd. Na podstawie takich notatek można po czasie odtworzyć całą podróż i to z takimi niuansami, że sami się dziwimy :)

Zwykle notowanie odbywało się w jakimś wybrakowanym zeszycie, który z czasem ani nie wyglądał ładnie, ani nie miał swojego specjalnego miejsca. W tym roku postanowiłam przygotować mamie coś innego - podstawę notesu-albumu, którą w razie konieczności można rozszerzyć.

Bazą stały się białe koperty formatu b5, zaklejone, a potem rozcięte wzdłuż dłuższego boku. Ponieważ mama namiętnie zbiera różne ulotki z odwiedzanych miejsc, takie kieszonki okazały się idealne na ich przechowywanie.

Każdą kopertę troszkę ozdobiłam, właściwie tylko paskami papierów u góry i na dole. Każda otrzymała też karteczkę samoprzylepną z datą - użyłam karteczek w różnych kształtach i kolorach, na nich różnymi czcionkami wydrukowałam daty.

aby maksymalnie powiększyć zdjęcia, otwórz je w nowym oknie

Koperty pozostały tymczasowo niespięte - aby w razie czego dołożyć dodatkową kartkę, a może karty ze zdjęciami? Kto wie :)

Oprócz kopert wyposażyłam mamę w kilka "gadżetów" - mapki, gdyby chciała zaznaczyć trasę lub miejscowość, alfabet oraz arkusze czegoś w rodzaju "ikonek", gdyby chciała dodać informację o temperaturze, menu, ilości przejechanych kilometrów itd. Do tego obowiązkowe nożyczki i klej :)


Stworzenie takiej albumowej podstawy na pewno usprawnia późniejszą pracę i ułatwia zapisywanie myśli. Często kiedy wracamy z podróży nie chce nam się uporządkować zebranych notatek, ulotek, zdjęć. Nie wiem jak Wy, ale mi przychodzi to ciężko. Nie czuję, abym za sprawą tych czynności przenosiła się z powrotem na wakacje, co to, to nie :) Tym mniej entuzjastycznie się za to zabieram.

A czy Wy przygotowujecie się jakoś do wyjazdów? Zabieracie ze sobą specjalny zeszyt, czy w trasie na szybko szukacie skrawków papieru? A może wystarcza Wam fotografowanie?

W poprzednich środowych mykach:

poniedziałek, 8 października 2012

Wakacji część czwarta, bośniacko-hercegowińska


Po noclegu w dolinie Neretwy ruszyliśmy w kierunku granicy z Bośnią i Hercegowiną, a dalej do Mostaru. Właściwie już od wjazdu do BiH widać pierwsze minarety - znać, że prawie połowa tutejszych obywateli to muzułmanie.

Mostar słynie z kamiennego Starego Mostu (wpisanego na listę UNESCO) - pierwotnie wzniesionego w XVI wieku, ale zburzonego w trakcie wojny jugosławiańskiej (1993) i odbudowanego dopiero w roku 2004. Most znajduje się nad Neretwą, a więc nasza trasa z Chorwacji wiodła cały czas wzdłuż tej rzeki. Miasto nadal się odbudowuje, przygnębiające wrażenie sprawiają piękne niegdyś budynki, zniszczone w takcie wojny domowej.

zdjęcia powiększycie maksymalnie klikając prawym przyciskiem myszki i wybierając 'otwórz w nowej karcie'



Starówka robi na nas ogromne wrażenie - zupełnie inny klimat niż w miastach chorwackich! Na straganach z pamiątkami mnóstwo ludowych wzorów, lalki barbie ubrane w stroje regionalne, długopisy i samoloty wykonane z karabinowych łusek (pozostałości wojny), wiele gadżetów związanych z rozpadem Jugosławii, portrety Tito - z wojny domowej zrobili tu atrakcję turystyczną, a na pewno pamiątkarską.


Zachwycona byłam nawet chodnikami układanymi z kamienia. Mam tylko dwa zdjęcia, bo z nieznanych mi powodów tutejszy policjant zabronił mi pstrykania... Może myślał, że fotografuję jego buty czy coś :) W każdym razie fantazyjnych wzorów było o wiele więcej i wyglądało to przepięknie:



O ile narzekałam w Chorwacji, że nie jestem w stanie kupić żadnej ciekawej pamiątki (nie-jedzeniowej :), z krótkiego pobytu w BiH mam aż dwie - różowego goryla, którego już Wam pokazywałam i piękną, ceramiczną podkładkę z ludowym wzorem pod gorące garnki. Ceny - bardzo przystępne. Nic dziwnego, w końcu ten napis zobowiązuje:


Uśmialiśmy się nieziemsko po zobaczeniu tego :)

Jeśli spojrzycie w googlach na mapę BiH to zobaczycie, że za pomocą ich map nie da się wyznaczyć trasy przejazdu przez ten kraj, nie jest tu zaznaczone ukształtowanie terenu, a sieć dróg jest naprawdę skromna. Przejechaliśmy BiH od południa do północy w całej rozciągłości (od granicy w Metković do Gradiški, ok. 340 km), cały czas krętymi, górskimi drogami. Widoki piękne, ale bywało niebezpiecznie, na przykład gdy okazało się, że tubylcom na zakręcie rozkraczył się samochód, a oni nie rozłożyli nawet trójkąta ostrzegawczego :) Jeśli pomylimy w BiH trasę, trzeba wracać do najbliższego skrzyżowania dróg, a więc trudno naprawić wszelkie błędy związane ze skrętem w złą stronę.

Po drodze zatrzymaliśmy się też w restauracji na szczycie Makljen (1123 m n.p.m.) - niestety, na posiłek czekaliśmy 1,5 godziny, gotował dla nas sam kelner i jedzenie okazało się okropne... Cóż było zrobić, my nie Magda Gessler, żeby strzelić focha i nie zapłacić :) Chociaż było ciężko, okazało się, że nikt w całej knajpie nie potrafi obsłużyć terminala kart płatniczych. Taki miejscowy folklor :)



Dalej już tylko kierowaliśmy się na Banja Lukę i w stronę północnej granicy z Chorwacją. W Bośni i Hercegowinie nie planowaliśmy noclegu, musieliśmy dojechać do Zagrzebia. Ostatecznie udało się to nam po 22. Ilość kilometrów zrobionych w BiH niby niewielka, ale kręte, górskie drogi zmusiły nas do wolnego tempa. Niemniej, zdecydowanie warto byłoby wrócić tu na dłużej!

C.d.n.

poniedziałek, 1 października 2012

Urlopu odsłona trzecia


Kolejny przystanek na trasie naszej podróży to Split. Zaplanowaliśmy tu aż dwa noclegi, czyli sporo :) Nie ma chyba jednak innego sposobu na zwiedzenie wybrzeża Chorwacji niż ciągłe przemieszczanie się, biorąc pod uwagę, że (bez wysp) liczy ono jakieś 1800 km (różne źródła podają odmienne wartości). Rzecz jasna i tak zwiedzaliśmy tylko pewien jego odcinek.

Myślę, że Split - w dużej mierze ze względu na kwaterę - pozostanie na długo w naszej pamięci :) 300 metrów od pałacu Dioklecjana, ale nikt nie napisał, że w te uliczki nie da się wjechać samochodem, więc szybko musieliśmy go gdzieś porzucić. Biorąc pod uwagę wąskie przejścia, stromiznę i baaardzo dużo schodów, niewiele jedno- i dwuśladów się tu zapuszczało :) Próbując odszukać adres okazywało się, że musimy przejść przez czyjeś podwórko i właściwie zaglądamy ludziom w okna. Koniec końców i tak trzeba było zawrócić, bo uliczka okazywała się ślepa. Kiedy z pomocą naszego gospodarza-recepcjonisty dotarliśmy na miejsce i przytargaliśmy bagaże, byliśmy zachwyceni :) Nie tylko miejscówką, ale i przyjęciem. Nikt nigdzie tak dokładnie nie poinstruował nas co zobaczyć, gdzie na plażę, jak dojechać, gdzie zjeść itd. Do tego zastaliśmy lodówkę pełną owoców i piwa. Żyć, nie umierać!

Upał straszny - pogoda zdecydowanie nie dla nas, wielbicieli niższych temperatur i chmur na horyzoncie :) Od rana zaatakował nas też rybi zapaszek, nie wiemy jednak czy to z pobliskiego targu rybnego w centrum, czy znad morza. Za radą naszego gospodarza Ante, odwiedziliśmy też "zielony targ", a więc miejsce dokładnie takie, jak nasze warzywno-owocowe targowiska i bazarki. Sprzedaje się tutaj sporo suszonych owoców, torebka fig towarzyszyła nam w ciągu tego dnia.

jeśli nie możesz powiększyć zdjęć, kliknij prawym 'otwórz w nowej karcie''

Zamiast pisać o starówce, pokażę Wam tylko kilka migawek:


W Splicie weszliśmy też w ścisły kontakt z miejscową fauną. Przez dwie noce towarzyszył nam nieduży gekon, którego chcąc wypuścić ganialiśmy po ścianach, ale za każdym razem chował się pod łóżkiem. Zamknęliśmy wszystkie torby w szafie, żeby nie wlazł do bagażu i nie przyjechał z nami do Polski. Próbowaliśmy nawet zrobić mu zdjęcie, ale skubaniec tak szybko zasuwał, że żadne nie wyszło :) Z kolei w nocy pod samym oknem (które nota bene wychodziło na czyjeś podwórko) niemiłosiernie darł się jakiś kot, więc wrażenia były... hmm... niezapomniane.

Ze Splitu ruszyliśmy do Dubrownika, po drodze zatrzymując się na trochę w Omišu. Kiedyś podobno była to baza piratów :) Urokliwe miasteczko, w sam raz na spacer!


Aby dojechać do Dubrownika, trzeba przejechać przez Bośnię i Hercegowinę. W tym miejscu BiH ma jedyny dostęp do morza - wybrzeże rozciąga się zaledwie na 17 (siedemnaście!) kilometrów. Wraz z odprawą na granicy, droga ta zajmuje nam mniej niż 15 minut.

W Dubrowniku... hmmm... jest co zwiedzać, nie brak tu pięknej architektury i urokliwych uliczek, ale wystarcza nam dwugodzinny spacer.


Wsiadamy do samochodu i z powrotem przez BiH jedziemy na miejsce naszego kolejnego noclegu w Chorwacji - znajdującego się w dolinie rzeki Neretwy, którą mijaliśmy dzień wcześniej...


Kolejnego dnia ruszamy do Bośni i Hercegowiny, ale o tym następnym razem :)
Czyli c.d.n.

niedziela, 23 września 2012

Część druga urlopowych wojaży

Część pierwsza - tutaj

Po Jeziorach Plitwickich kolejnym przystankiem w Chorwacji było Sukošan - senne miasteczko, które miało być naszą bazą wypadową do Zadaru. Mieszkamy przy bardzo ruchliwej ulicy Franjo Tuđmana - pewnie w każdym chorwackim mieście znajdzie się arteria o tej nazwie, był on bowiem pierwszym prezydentem Chorwacji. Idąc w stronę plaży, przechodziliśmy obok domów i ogrodów tubylców, a tam flora zupełnie inna od naszej, zamiast swojskich jabłonek czy grusz - drzewa oliwkowe, ogromne winorośle, figowce, granaty, palmy, egzotyczne kwiaty i papryka. Droga była więc niezwykła, chociaż miejscowość pusta i taka trochę smutna, że to już po sezonie :)



Na plaży (oczywiście kamienisto-wybetonowanej) po kilku minutach zaczęło robić się ciemno, a od południa nadciągała wielka chmura. Po chwili wszyscy uciekali, a my zaczęliśmy pstrykać zdjęcia i ostatecznie schroniliśmy się w nieczynnym koktajl-barze pod trzcinowy parasolami :) Było tak ciemno, że aparat zwariował i sam z siebie zrobił prawie czarno-białe zdjęcie - ja nic przy nim nie majstrowałam!


Kolejny przystanek - Zadar. Zajadaliśmy się lodami, weszliśmy na wieżę podziwiać widoki (pozaglądaliśmy ludziom na tarasy) i słuchaliśmy morskich organów.





Po drodze do Splitu zwiedzamy Šibenik, miasto o starym rodowodzie, bo założone przez plemiona chorwackie jeszcze zanim przybyli tu Ilirowie czy Rzymianie. Dosłownie czuć, że jesteśmy w klimacie śródziemnomorskim - na skwerkach w centrum rosną ogromne krzaki rozmarynu, odwiedzamy też (bardzo ziołowy, ale nie tylko) średniowieczny ogród przy klasztorze św. Wawrzyńca.




Mimo że dzisiejsza relacja wydaje się krótka, uwierzcie, że napracowałam się przy wyborze zdjęć :)
C.d.n.

sobota, 15 września 2012

Wakacje 2012 - część pierwsza :)

Bez części się chyba nie obędzie - za dużo tego. Jak już pisałam, celem była Chorwacja, ale w drodze do i z odwiedziliśmy też kilka innych miejsc.

Ponieważ z Torunia jest jeszcze kawał drogi do granicy, pierwszy nocleg zaliczyliśmy w... A nie powiem gdzie! Podpowiem natomiast, że widok z hotelowego okna był na tych oto dżentelmenów:


Ktoś kojarzy? :)

Potem kolejny dzień w trasie, celem były okolice Jezior Plitwickich. Po drodze zachmurzone niebo, mnóstwo pustostanów, na domach ślady po kulach, "pomniki" stworzone z czołgów - pozostałości wojny domowej sprzed dwudziestu lat. Przypominam sobie, że przed wyjazdem gdzieś w internecie przeczytałam, że blisko wschodniej granicy Chorwacji do dzisiaj w ziemi znajdują się miny i niewypały. Pierwszy raz odwiedzam ten kraj i przy wjeździe wywarł on na mnie dość przygnębiające wrażenie. Natomiast pochmurna pogoda wcale mi nie przeszkadza, w końcu nie przyjechałam się opalać, tylko zwiedzać :)

Te nieciekawe wrażenia rekompensuje następnego dnia wyprawa do Plitvic - punkt obowiązkowy chyba każdej wycieczki do Chorwacji. Niebo znowu zachmurzone, więc (podobno) woda w tamtejszych jeziorach nie ukazuje całej swojej turkusowości. Ale to co widzę, w zupełności mi wystarcza! W internecie znajdziecie wiele pięknych zdjęć tego miejsca - teraz wierzę, że nie są tak zupełnie przekolorowane :) Woda w połączeniu z otaczającą zielenią rzeczywiście ma nieziemski kolor.



Zastanawiamy się (jak to archeolodzy) co myśleli ludzie, którzy po raz pierwszy odkryli to miejsce... Zapewne od razu osiedlili się gdzieś w okolicy :) Widoki to raz, ale i czysta, niesamowicie przejrzysta woda sprawia, że po prostu chce się wskoczyć i zażyć kąpieli! Rybkom to dobrze, mogą to robić bezkarnie...



Miałam pisać dalej, ale już i tak strasznie się rozgadałam!
C.d.n.

sobota, 1 października 2011

Nawet studenci już po wakacjach...

Moje Drogie!

Czuję, że chyba czas wrzucić kilka fotek z mojego rodzinnego wyjazdu. Jednocześnie odnoszę wrażenie, że coraz  mniej tu majstrowania, a coraz więcej jakiejś okołożyciowych paplaniny. Nie wiem, czy ktoś chce takie rzeczy czytać. Ale zaryzykuję.

Zdjęć pokazuję kilka, bo nasza czteroosobowa wycieczka strzelała w jednym czasie z dwóch aparatów, więc wyobraźcie sobie tylko, ile zdjęć zostało zrobionych podczas tych sześciu dni. Podpowiem, że wynik był czterocyfrowy...

Ja zupełnie odpuściłam robienie zdjęć, więc te tutaj to w większości fotki autorstwa mojej Mamy albo Lubego.

Zaczęliśmy od wizyty w skansenie w Rumszyszkach, gdzie znajduje się muzeum budownictwa ludowego na wolnym powietrzu (od XVIII do początku XX wieku). "Eksponaty" rozrzucone na ponad 175 hektarach, Litwa w miniaturze z podziałem na krainy historyczne oraz rekonstrukcja miasteczka - wszystko wśród lasów, pól i jeziorek. Urokliwe miejsce na niedzielny spacer, trzeba tylko zabrać wygodne buty :) Oto plan skansenu, coby zobrazować odległości między zagrodami:


Można wypożyczyć rowery, a nawet zwiedzać samochodem - przy tym ostatnim środku lokomocji nie jest już jednak chyba tak sielsko :) Niewątpliwym plusem tak rozrzuconej ekspozycji jest fakt, że ma się wrażenie, jakby naprawdę chodziło się po dawnej wsi, bo zagrody nie są ściśnięte obok siebie.

Rzut oka na bogatsze obejście...


...i masteczko:


Malowniczo, prawda? Oczywiście nie mogłam sobie odmówić sprawdzenia, czy aby na pewno nie są to atrapy :)


Tego samego dnia - skoro byliśmy już tak blisko - postanowiliśmy przespacerować się po Kownie. Ale nie będę zanudzała Was zabytkami. Pokażę tylko krokodyla.


Naszą bazą wypadową były Troki, jednak zaczęliśmy od zwiedzania Wilna. Powiem Wam jedno - mówi się, że aby zwiedzić Wilno i poczuć jego klimat potrzeba co najmniej dwóch, trzech dni. To nieprawda. Moja Mama wyznaczyła chyba nowy rekord i przegoniła nas po Wilnie tak, że w półtora dnia odhaczyliśmy wszystkie punkty z naszej listy. Wtedy nastał czas wolny :)

Oczywiście nie obyło się bez obowiązkowych miejsc - tu Plac Katedralny...


... i jedna z wielu sytuacji, w których robiącemu zdjęcie też robiono zdjęcie... Normalnie japońscy turyści!

W Wilnie, podobnie jak wcześniej w Rumszyszkach spotkaliśmy się ze zwyczajem zapinania kłódek na mostach, co ma oczywiście symbolizować wieczną miłość - bo kluczyk ląduje w rzece. Podobno w Polsce też coraz popularniejsze.


Zwiedzaliśmy również Troki, które chyba podobały się nam bardziej, niż stolica - karaimskie domki, urokliwe jeziora, zamek...


a z niego widok na pałac Tyszkiewiczów w Zatroczu, ulokowany po przeciwnej stronie jeziora. Pięknie odnowiony, z zadbanym parkiem wokół - poczułam się jak hrabina, więc przez chwilę kontemplowałam ten moment...


... a dziś już ledwo pamiętam, że tydzień temu byłam na wakacjach :)

Ściskam Was mocno! A z majstrowaniem mam zamiar się poprawić :)